Wda - leniwa rzeka pełna zdarzeń
Raport po spływie:
Na pytanie, czy chcemy pojechać ostro po bandzie od samego początku, padła gremialna ;), klasyczna, szwedzka odpowiedz "Proste.", więc bonusowo wylądowaliśmy w Sopocie. Impreza w Copacabanie na plaży obfitowała w znajome twarze ze stołecznych klubów oraz wypady do okolicznych lokali gastronomicznych... Punktem kulminacyjnym był sympatyczny spacer po molo w okolicach wschodu słońca :)
Spoglądając na wyjazd przekrojowo trzeba odnotować, że już na starcie przegapiliśmy ciekawe miejce o dzwięcznej nazwie "Złe mięso" ale pobiliśmy kilka rekordów:
Jeszcze nie zdarzyło się, żeby ludzie aż tyle spali na wyjezdzie co tym razem. A przecież dystans zrobiliśmy co najmniej podobny do tych co kiedyś (!) czyżbyśmy się tak wyrobili ? Albo po prostu rzeka tym razem nam się wylosowała z prądem (hehe) Osobisty rekord w spaniu ustanowiła... Ola - grubo poprawiła dotychczasowy życiowy wynik 2h/dobę :]
Jeszcze nigdy chyba nie zaliczyliśmy takiej ilości okolicznych sklepów spożywczo-przemysłowych. Stały się one naturalnym symbolem tej wyprawy i to one wytyczały szlaki, którymi podążaliśmy. To dzięki nim byliśmy nieustannie wyposażeni w chmielaki ;) oraz wszelkie inne komponenty ogniskowe. To dzięki nim trafiliśmy do uroczego miejsca o nazwie "Kasparus". Dzięki nim wreszcie nasza potrzeba kupowania przynajmniej w części mogła być zaspokojona... taka karma :]
Bardzo przyjemnym rekordem było wyśrubowanie ilości rozpalonych ognisk. Na Piławie nie pamiętam żadnego własnego a tutaj zdarzało nam się nawet ponad raz dziennie... bardzo fajnie. Może ktoś ma ochotę na kiełbaskę z grilla ?? hehe wiem, że nie ale jeszcze zastęsknicie :P
Były pewnie jeszcze inne rekordy chociażby 7/8 pływających w rzece albo czas spędzony przeze mnie na pozycji ostatniego kajaka ale no tak bywa jak się zle wylosuje :P
Ostatecznie przepłynęliśmy nie-wiem-ile-kilometrów trzeba-by-policzyć ale z Czarnej Wody do Błędna. A powrót nie był wcale taki prosty: pociąg z Grudziądza, którym mieliśmy jechać okazał się pociągiem-widmo. Awaryjnie wylądowaliśmy w Malborku na zamku a potem... na kebabie - nie od dziś wiadomo, że każda dobra impreza powinna się zakończyć właśnie w ten sposób :)
I gdy wydawało się, że to już koniec... nie pytajcie co robiliśmy w Otwocku o 4 rano i dlaczego tak... jak-by-nie-liczyć powrót to też rekord :)
Wróciliśmy na raty ale w komplecie. Było fajnie. Ciekawie. Do następnego !
PEŁNA FOTO-RELACJA - - - - - - - > KLIKNIJ TUTAJ !!
Tyle raportu - pozdrawiam, Tadek
|