Rospuda - szybka seria nagłych zwrotów
Raport po spływie:
Ogrom wrażeń jakie nas spotkały w ten weekend niestety uniemożliwia
rzetelne opisanie tego co się działo... Spróbuję jakkolwiek skrótowo chociaż
to i tak będzie skrajnie ułomne.
Brunatne, grzmiące niebo za oknem wieczorem tego dnia to znak, że można
zaczynać. Najpierw impreza w uroczym towarzystwie :) z której udaliśmy się wprost na dworzec a potem
spanie w ekwilibrystycznych pozycjach w pociągu do Suwałk 2:55. Międzylądowanie było...
na Białorusi [ ale to tylko ja miałem ;) ].
Była piękna pogoda pierwszego dnia i pełna gama malowniczych widoków od wąskich zakrętów
w trzcinowym krajobrazie do rozłożystych przyjemnych w wiosłowaniu [ o dziwo ! ] jezior.
Na koniec zwiedzanie bunkrów, okolicznego miasteczka oraz sklepu [ w święto ok
godz. 16 pyszny chleb z miejscowej piekarni ! ] no i ognisko z widokiem na jezioro.
I czerwony zachód słońca [ to podobno coś oznacza ] - no sielanka :)
Drugiego dnia cudowny poranek a potem całkiem przyjemny lekki wiosenny deszczyk przez ok godzinę. Chwilę potem
jak grom z jasnego nieba totalna rzeznia - przyśpieszający nurt, ściana deszczu i pioruny uderzające nieopodal
na horyzoncie. Przymusowy postój i informacja, ze w pobliżu "nie ma absolutnie nic"... no niefajnie.
Stanie w szczerym polu nie miało sensu więc na rzekę i płyniemy dalej.
Aż do mostu pod którym się zatrzymaliśmy przemoknięci i przemarznięci do oporu. Piekło.
Piotrek z Kasią stwierdzili, że wybiorą się na obiad do podobno gdzieś pobliskiego baru. Wrócili z wiadomością,
że tuż-obok gospodarze zgodzili się nas przenocować (!)
W stanie skrajnego zabłocenia zostaliśmy zaproszeni do eleganckiego mieszkania. Przebraliśmy się,
dostaliśmy herbatę, wyśmienity obiad [ mielony ziemniaki surówka kompot ] i wiedzieliśmy, że
tego dnia nic nas już nie zatopi. Niebo, w które chwilę wcześniej nikt by nie uwierzył :)
Raczki - zwiedziliśmy pałac Paca [ to nazwisko jest a nie funkcja ! ] byliśmy też w... Szkocji.
A następnego dnia rano nie zastanawialiśmy się już "czy będzie padać"
ale "o której to się zacznie". Chcieliśmy zdążyć. Nie wiedzieliśmy jeszcze,
że to nie deszczu powinniśmy się obawiać... ano czekały niespodzianki.
Przyjemnie płynęło się aż do miejsca zwanego niepozornie "Jaśki 41". Zwalone drzewo pierwsze
dwie ekipy minęły bez problemów. Kasia i Adam próbowali się zatrzymać i o ile w 99/100 przypadkach to
dobry pomysł, to tutaj był ten 1 przypadek odwrotny. Nastąpiła największa historii
naszych wyjazdów kraksa zakończona uszkodzeniem kajaka i utratą aparatu wraz z najfajniejszymi zdjęciami ehhhhh.
Dalej już nie mogliśmy płynąć więc rozbiliśmy się na miejscu i... do wieczora mieliśmy ubaw
oglądająć jak kolejne 8 czy 9 kajaków innych ekip w brutalny sposób wywraca się na tej samej przeszkodzie :)
I to pomimo, że ich ostrzegaliśmy :)
Sporo zabawy było z wyławianiem z rzeki portfeli, aparatów cyrfowych i dużej ilości puszek z piwem.
Najfajniejszym jednak wyłowionym obiektem okazał się Archi :)
Chłopak płynął ze swoją biedną koleżanką
nawalony jak bombowiec i oczywiście z hukiem wpakował się wprost na drzewo. Pogubił chyba wszystko i pomimo,
ze jeszcze chwilę temu ledwo wykaraskał się z pomiędzy 2 zatapiających go kajaków to od tego momentu do póznego wieczora
w świetnym nastroju dalej wlewał w siebie olbrzymie ilości piwa, żubrówki, żołądkowej gorzkiej nie wiem czy żurawinówki
chłopaki też mu nie dali. W międzyczasie gorąco namawiał Kasię na dzieci ale bez efektów ale no starał się :)
Powrót był przez Augustów - wyniszczający marsz aleją tirów na PKP ale i wyśmienity obiad w smażalni ryb
nad jez. Białym. A do Warszawy tego dnia jechał praktycznie JEDEN (!)
pociąg - Armagedon 16:01 :) nam się udało ale setki osób po drodze zostały na peronach...
emocje były do samego końca.
Wyjazd jeżeli chodzi o liczbę wrażeń przeszedł najśmielsze oczekiwania a
Rospuda to najciekawsza rzeka po jakiej płynęliśmy i na pewno tam jeszcze wrócimy. ODLOT :)
PEŁNA FOTO-RELACJA - - - - - - - > KLIKNIJ TUTAJ !!
Tyle raportu - pozdrawiam, Tadek
|