Dzika-i-fajnie Wieprza rzeka ...
... relacja po spływie:
Pociąg 21:18 z PKP W-wa Wschodnia do Kępic ( via Piła, Szczecinek ) dowiózł
nas na miejsce nie-bez-niespodzianek, w międzynarodowym towarzystwie ( Syberia, Togo, Czeczenia ).
Po chwili ( akurat zakupy ) pojawił się mój imiennik furgonetką (narazie bez kajaków)
i przetrasnportował nas pod Trzebielin gdzie mieliśmy startować. Wygadany chłopak
z niego i całkiem zadowolony ze swojego wysportowania ( jak na ten wiek ).
Pogoda początkowo nie sprzyjała więc przydały się kombinezony okołowojskowe.
Wyglądaliśmy przy tym trochę jak oddział do spływów specjalnych. A i taki był.
Pomysł żeby popłynąć najpierw Pokrzywną ( która dopiero potem wpada do Wieprzy ) był
strzałem w dziesiątkę. "Staram się nie używać określeń trudny / uciążliwy odcinek
lepiej pasuje: ciekawy / atrakcyjny". Dokładnie tak. Ta rzeka nie jest
monotonna ani przez chwilę. Wyczuwalny nurt, zero jezior i ciągłe skręty, zwalone drzewa krótkie
przenoski czasem przeszkody wymagające rozpędu żeby się po nich zgrabnie prześlizgnąć.
Pierwszego dnia chcieliśmy po prostu wrócić do Kępic. Taki był plan skoro
skończyć mieliśmy na plaży w Darłówku a to ok 110km od startu. Z powodu ww
atrakcyjności szlaku nie dawało się jednak zupełnie płynąć standardowe 6-7km/h raczej bliżej
2-3.
A ten etap zakończyliśmy spektakularną wywrotką ( ja + Kasia ) i przymusowym biwakowaniem
w... idealnie nadającym się do tego miejscu ( piękna polana w środku lasu akurat oświetlona
promieniami słonecznymi widok jak z reklamy TV wręcz aż przesłodzony ). Aaa no i takich prawdziwków
jakie tam rosły dookoła ( w połowie lipca !? ) to dawno nie widziałem szkoda, że robaczywe...
Następnego dnia płynęliśmy już bez wywrotek ale nadal z dużą liczbą przeszkód. Na deser
kilkusetmetrowa przenoska tuż za Kępicami ( bez wózka nie dałoby rady ). Przyjemnie
było zorganizować na wieczorne ognisko "surową polską" i piwo... Krajan ( wydawało
się, że nie ma go już na mapie browarów krajowych... a jednak ! ). Z tym, że miodowe
jak zobaczycie to nie kupujcie.
Trzeciego dnia ekipa rozbiła się na dwa po dwa ( do dzisiaj nie wiem jak na 2,5h odcinku drogi
wyrobiliśmy nad ostatnim kajakiem przewagę ponad 1,5h... no nie ważne ). Do zapamiętania
na pewno efektowny próg wodny ( tylko Piotrek przepłynął a i to odpakowanym kajakiem i
w kapoku ), wycieczka do Sławna najpierw via pokrzywy a potem kulturalnie przez ogródki
działkowe. I bardzo mili ludzie, których spotkaliśmy na moście w okolicy Sławska
( tam też był potem nasz obóz bo druga połowa ekipy dobiła jak już nie dało się płynąć dalej bo noc).
Poznaliśmy historię okolic i dostaliśmy drewno na ognisko ( specjalnie dla nas przywiezione )
i jeszcze jakby co mieliśmy się "powołać" "w razie kłopotów z miejscowymi"... ale kłopotów
nie było. Nawet okoliczne dzieciaki samoczynnie podrzuciły nam na rowerach pożyczoną
od babci siekierę ( no do tego drewna ). Była za to mgła pod wieczór i to całkiem malownicza.
A rano sprzyjające okoliczności do kąpieli ( zimna woda działa niesłychanie relaksacyjnie
na mięśnie i to kompleksowo jak się okazało ).
Opcję dopłynięcia do morza poddaliśmy niestety
już dzień wcześniej tymi wspomnianymi opóznieniami i ostatecznie przepłynęliśmy jeszcze
trzy mosty ( do Tynia ) i ten sam gość co ostatnio odebrał nas i przewiózł około 13:00 do Ustki ( żeby to morze jednak
zobaczyć ). Trochę miał z nami pecha bo w ferworze walki wypakowaliśmy przy okazji
nie swoje bagaże i musiał nadrobić ok 40km żeby je odebrać... A my poszliśmy na plażę poleżeć i się
powygłupiać na zmianę. Plus obowiązkowe rybka + gofry.
Odwrót kolejno Ustka - Słupsk - Gdynia - Warszawa z totalna dezinformacją PKP w Słupsku
i jeszcze większą w Gdyni... zmiany numerów peronów przestawianie w ostatniej chwili
całego pociągu doczepianie wagonów, które były porezerwowane jakimiś kartkami wypisanymi
długopisem... i jeszcze jakieś niesłychane nagromadzenie obozów harcerskich. Sporo emocji.
Ale udało się o dziwo złapać miejsca siedzące i nawet wygodnie dobrnęliśmy do końca.
Około 5 rano w środę byliśmy w Warszawie.
Trzebielino - Tyń to pewnie tak z 75 kilometrów zrobiliśmy tym razem i była to najciekawsza
rzeka jaką dotychczas płynęliśmy. Bez dwóch zdań. A podobno Słupia nieopodal
jest równie atrakcyjna. Na rzeki typu "Krutynia" raczej już nie wrócimy...
nuuda by była relatywnie.
PEŁNA FOTO-RELACJA - - - - - - - > KLIKNIJ TUTAJ !!
pozdrawiam, Tadek
|