Orle Gniazda na 100% ...
... relacja po wędrówce:
Jura Krakowsko - Częstochowska jest tak naszpikowana atrakcjami, że wyjazd zapowiadał się jak żaden wcześniejszy.
To dlatego na 2 tygodnie przed startem napisałem na stronie ( czerwonymi, pogrubionymi literami )
żeby przygotować się na intensywne chodzenie.
Ostrzegałem !! :P
Plan zobaczenia przynajmniej większości miejsc
był na pewno ambitny ale zdecydowanie wykonalny.
W każdym razie nam (3/7) się to udało.
Szkoda, że w takich okolicznościach wylądowała grupa w większości co
do której trudno było mi odpowiedzieć na regularnie zadawane pytanie
"Tadek a po co oni tu z nami przyjechali ? Oni w ogóle idą z nami ?
Mamy na nich nie wiem czekać czy nie czekać coś ustalać ? Czy, że jak ?"
No jak się okazuje bywa ( w życiu ) i tak.
Kulminacyjnym momentem było jak po 2,5h czekania
nadrobiłem ponad 4km żeby zobaczyć co się stało, podczas gdy "zguba"
(4/7) ekipy spędzała czas w okolicznym barze ( przekraczając następnie
pewne granice w argumentacji dlaczego tak a nie inaczej )...
Drugiego dnia zainteresowani aktywnym spędzeniem czasu ( ja, Agnieszka, Monika )
ruszyliśmy w kierunku zamków Mirów i Bobolice a z (?) / za nami
szli jeszcze jakiś czas Kasia z Adamem ( w równoległej rzeczywistości ).
Po ( obu ) zamkach i obiedzie trochę było problemów z lokalną komunikacją bo PKSy tam w weekendy
po prostu... nie jeżdżą w ogóle.
Szukając ( na piechotę ) kolejnych "PKSów widmo" do Zawiercia wdaliśmy się w dłuższą dyskusję z ( podobno ) byłym
agentem na przystanku ( on i obecnie według mnie jest agent ;) ). A potem wylądowaliśmy
w gospodarstwie agroturystycznym na nocleg ( okolice Włodowic ). Dziewczyny wysłuchały jeszcze historii życia
gospodyni ( została sama z dzieckiem )... i poszliśmy wszyscy spać.
Trzeciego dnia rano szukaliśmy dalej tych połączeń ( wędrówka kierunek Rudniki ).
Po drodze Kasia i Adam gdzieś się zgubili ( okolice malowniczego stawu ) co dla nas oznaczało, że już
się nie zastanawialiśmy "czy z nami idą bo teoretycznie tak a praktycznie nie".
A my nielicznym autobusem podjechaliśmy do Zawiercia a dalej w kierunku Podzamcze ( Ogrodzieniec )
i trafiliśmy tam akurat na festyn historyczny. Dużo ludzi i kwas chlebowy z beczki ( ten kwas mistrzostwo świata i okolic,
ludzi by mogło być jednak mniej... )
Ze znajomymi Agnieszki ( Basią i Ernestem, podjechali do nas z Piekar ) zwiedziliśmy kolejno ( nie powiem, że nie samochodem ale inaczej by się nie dało )
Pilicę, Smoleń ( wspinaczka ! ), Bydlin,
Rabsztyn ( obiad ) i wylądowaliśmy w Olkuszu, dalej do Czajowic ( bus Olkusz - Kraków )
i nocleg na pograniczu zmroku i 200m. od wejścia do Ojcowskiego Parku Narodowego. Intensywnie.
Nocleg był po przygarnięciu
przez przypadkowych przechodniów, nocleg był na placu budowy. No niezły nocleg był :)
Ostatni dzień to kolejno Ojców ( zamek ), malownicza całkiem intensywna
wędrówka szlakiem do Pieskowej Skały ( też zamek ) i okolice tamże ( Maczuga Herkulesa ). Komplet.
Powrót był przez Kraków ( super obiad + spacer po rynku + spotkanie z wielkim, pluszowym kuflem piwa ). Aaa i jeszcze
krótka dykusja z jednym ekologiem ale bez rękoczynów a i wizyta w McDonaldsie. Potem PKP do Warszawy a na samym
końcu jeszcze miałem ciekawy przejazd nocnym autobusem ( nie schodził poniżej 80km/h (!)
pierwszy raz miałem ochotę zapiąć pasy... w autobusie ZTM ).
Wyjazd zdecydowanie pełen wrażeń. I w dobrym tempie. Turystycznie jeden z lepszych.
|